piątek, 31 lipca 2009

Heineken Open'er Festival 2009 - relacja

Dzień I

Zaczęło się od banalnych czynności takich jak rozbicie namiotu, szybkie zwiedzenie terenu festiwalu i okolic czy też zgarnianie docierających znajomych (co z tego, że akurat namiot rozbiła nam ekipa z TVP2, banał pozostaje banałem, nie? ;d). No i oczywiście powolne uświadamianie sobie, że to wszystko się rozpoczyna właśnie teraz, cztery dni pełne muzyki.



No a w tym roku zaczęło się inaczej niż zwykle. Czy Opening Day to dobry pomysł? Połowicznie. Sama idea jest jak najbardziej okej, ale mimo wszystko dzień pierwszy możliwościami nie powalał. Stąd też pewnie spora ilość ludzi na skądinąd bardzo przyjemnym, stonowanym, klimatyczno-akustycznym koncercie Old Time Radio. Miły uchu początek, chociaż wydawali się być lekko stremowani, no ale co się dziwić – wielkie koncerty to raczej nie ich broszka.

Po ostatnim utworze trójmiejskiego zespołu tak naprawdę nie bardzo było co robić. Ruszyliśmy więc zająć stosunkowo dogodne miejsca na głównej, bo Renton potrafi być przyjemny, a Arctic Monkeys miały nas rozwalić na dobry początek. Zanim nasze oczekiwania zostały zweryfikowane, pośmialiśmy się trochę z fanatycznych fanek, porozmawialiśmy, takie tam. W końcu na scenę wychodzi kolejne polskie indie, które sprawdziło się połowicznie. Jak przyznał sam wokalista Rentona, to był pierwszy tak duży ich koncert. I niby jakoś sobie grają, niby całkiem miło i sympatycznie, ale zupełnie bez szału i jaj. Ja rozumiem, że nie mieli łatwego zadania, bo fanki Małp to chyba najbardziej drętwe ścierwo jakie w życiu widziałem, no ale. Dopiero pod koniec się nieco rozkręcili, no i tu wielki szacun, bo nareszcie niektóre wyznawczynie Alexa zaczęły się nieco ruszać pod tą sceną. Coś tam na bis zagrali i zwinęli się, zostawiając mnie z mocno mieszanymi uczuciami. Na przyszłość – więcej szału, plox.
Następnie wielka gwiazda pierwszego dnia, fanfary, pierdoły, bla bla bla. Pchałem się pod te barierki ze świadomością, że goście mają trzy fajne utwory, no ale pono dobre koncerty dają, mówili. Ekhm, no cóż... To był jeden z najgorszych występów jakie widziałem w moim osiemnastoletnim życiu i największa pomyłka tegorocznego Open’era, amen. Problemy techniczne, zerowy kontakt z publicznością, fatalna setlista, a na domiar złego chamska i niewychowana publika, której przydałby się komunikat przypominający o Roskilde ’00. Jedyne co w miarę poprawiło mi tam humor to gość krzyczący do tylnich rzędów (tych pchających), że „jesteście u pani!” ;> I Bet You Look Good On The Dancefloor i When The Sun Goes Down słuchałem już na szczęście z daleka – razem z View From The Afternoon były jedynymi kawałkami, które tak naprawdę zastroiły. No ja rozumiem, że albumy słabe, ale żeby tak – nomen omen – koncertowo spieprzyć sprawę?

Uciekłem więc stamtąd po odnalezieniu pierwszego lepszego znajomego i wysłuchaniu When The Sun Goes Down na odchodne. Szybka regeneracja na kanapach (przewygodne cuda, mogli ich rzucić więcej) i z ciekawości zerkamy do Burn Beat i namiotu. W hangarze w najlepsze szalał Mentalcut, wraz z nim niewielka publika. Brzmiało to zdecydowanie bardzo fajnie, naprawdę świetna didżejka, kameralny klimat, no i żonglerka motywami. Towarzyszący mi Vrael nie podzielał jednak mego entuzjazmu, ruszyliśmy więc na występ Late of the Pier. Koncert tej formacji można opisać następującymi słowami: masakra, miazga, sieka, wiksorock i największa niespodzianka festiwalu. Zostaliśmy do końca i było nam mało, chłopaki naprawdę pokazali klasę. Zero wytchnienia, dziki szał w czystej postaci, kończyny latają na wszystkie strony, te rzeczy. Odnaleźć mogły się tu chyba wszystkie subkultury, nawet metale przyjeżdżający na Faith No More byliby zadowoleni, chociaż LotP zagrali zdecydowanie bardziej elektronicznie niż rockowo. Zapamiętajcie dzieci, ten zespół to koncertowa petarda.

Basement Jaxx musieli się bardzo postarać, żeby mnie porwać i udało im się to połowicznie. Naprawdę dobry, pozytywny koncert – kontakt z publiką, show na scenie, odwołania muzyczne (Bonkers czy Billie Jean), na tyle luźno by móc swobodnie tańczyć. Z drugiej strony zabrakło mi Raindrops (:<) i Lucky Star, momentami pojawiały się nużące dłużyzny, bywało nierówno. No sam nie wiem, ale generalnie in plus.

Koniec Opening Day należał do Alter Space. Najpierw zgromadzoną publikę zmiażdżył Grabek. Gdybym był postacią z komiksu, miałbym nad głową dymek z napisem „omfg!” przez dobre kilka godzin. Pełna psychodela, fantastyczne rozwiązania kompozycyjne, ten klimat, wizualizacje VJ Panipawlowsky, no piękne. Bałem się po tym wszystkim o swoje sny. W dodatku Wojtek naprawdę się cieszył z reakcji publiki, to było widać – podczas gry pełne skupienie, po koncercie radosny uśmiech. Wystarczy powiedzieć, że dostał owacje na stojąco.

Po Grabku to już czysta impreza przy Skinny Patrini. Niewielka publika, ale za to sporo zabawy. Niestety nie widziałem całości, ale przysięgam - Little Hell i Sweat na początku było na piątkę z plusem.

Dzień II




Drugi dzień zacząłem od otwarcia sceny młodych talentów i świetnego koncertu Pchełek. Mocny, świetny wokal, spora dawka emocji i ciekawej muzyki. Czekam na jakieś nowe wydawnictwo, bo nieznane mi wcześniej kawałki były naprawdę dobre. Szkoda że otwierali Young Talents Stage, bo zasłużyli na większą publikę. Rzekomo polskiego Oasis (wut?), czyli The October Leaves, słuchałem już z daleka, przy integracyjnym piwie z nowo poznanymi znajomymi. Nie ma co żałować, bo znajomi zacni, a panowie z Rybnika strasznie bezpłciowi.

Następnie Pati Yang. Kobieta dała koncert, którego mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie zrozumieć. Ma w dorobku takie utwory jak Summer of Tears czy B. Murphy, a zamiast tego serwuje nudny, elektroniczny hałas, w dodatku non-stop pieprząc coś po angielsku (okrzyki „jesteś Polką, do cholery” chyba w końcu do niej dotarły, bo potem rzuciła kilka słów po polsku). Z całej godziny nie pamiętam niemalże nic, gratulacje pani Yang.

Po opuszczeniu Kapeli Ze Wsi Warszawa (bo się nie udało) i zrezygnowaniu z Wiolonczel z Miasta udałem się na Hjaltalin. Nie była to niestety najlepsza decyzja. Miał być odlot i klimat, a dostałem islandzkie The Kooks, taki se tam rock z tradycyjnymi i zupełnie niesłyszalnymi instrumentami. Mocno neutralne granie, w dodatku po angielsku. No nic, mówi się trudno i idzie do namiotu zobaczyć Duffy. Przede wszystkim – porównania do Dusty Springfield są wybitnie trafione, walijska wokalistka zachowuje się i wygląda jak jej córka. Dała przyjemny i nic poza tym koncert (no ale było Mercy, było fajnie), gromadząc przy okazji publikę nie mieszczącą się w namiocie. Nieprawdą jest jednak, że panował tam jakiś niesamowity ścisk – w środku było luźniej niż na wejściu, nie wiedzieć czemu, niemniej za przejście całego namiotu w przeciągu połowy koncerty i tak powinniśmy otrzymać kilka certyfikatów ;>

Namiotu nie było już co opuszczać, następni byli Crystal Castles. Wyjaśnijmy sobie: płyta słaba łamane przez średnia, występy świetne. Dokładnie z takim myśleniem zawędrowałem stosunkowo blisko sceny. Nie ma co pieprzyć, zacytuję tylko: „kto nie był na ich koncercie, przegrał życie”. Świetne światła, szał, Alice w tłumie, amok, histeryczny wokal, blondyn z rozdartą koszulką gdzieś przede mną, ręce w górze, cosiedzieje, nie sposób było tego wszystkiego ogarnąć. Moje ciało było mi naprawdę wdzięczne, gdy to wszystko się skończyło.

Dzień III



Zacząłem od stosunkowo pobieżnego koncertu z muzyką JazzUs. Pierwsze skojarzenie – Łona. Drugie – Łona. Trzecie – hm, czyżby Łona? Niby nu-jazz i takie tam szufladki, a podkład brzmiał jakby wyszedł spod ręki Webbera, nawijka też taka łonowata (;d), tylko mimo wszystko o klasę gorzej od oryginału, momentami Pan Wokal nie wyrabiał. Jednak generalnie – fajnie.

Z kolei Kamp! mimo wszystko zawiódł, niby fajnie, ale jakoś bez szału, zero ognia, no i nadmierne wykorzystywanie motywu klaskania, bleh, ile można? Niby okej, ale na przyszłość proszę o pierdolnięcie (no i nawiasem mówiąc, to prawie oberwałem tamburynem >xd).

Jednym uchem słuchałem Enchantii i Twilite. Nie powiem, chyba nawet miłe, zainteresuję się nimi bardziej, ale – wybaczcie – jakoś nic nie pamiętam.

Na koncert Fisza, Emade i Tworzywa zostałem wyciągnięty przez znajomych, bo sam myślałem raczej o Izraelu. Jedyne co mogę zrobić, to im gorąco podziękować, bo Fisz to kozak, z łatwością podrywał publikę do góry, no i na żywo ma nawet jako taki flow, szok ;> Grali głównie (tylko?) Heavi Metal, stąd też obecność Tworzywa, ktoś w końcu solówki grać musi. Fiszu, jakby jakiś kolejny koncert albo coś, to „jesteśmy gotowi!”

Wychodząc z Fisza trafiliśmy na Kawałek Kulki grający Kolegi Tatę, bardzo miły akcent. Pośpiewaliśmy sobie i poszliśmy rzucić okiem na Madness, które w wyniku problemów grało na World Stage. Panowie grali całkiem miło, ale wybaczcie – główna wzywa, Patton u płota.

A jak powszechnie wiadomo Patton = bóg (nie wiem jakim cudem, ale Vrael wyliczył to matematycznie...). Faith No More dali niemalże najlepszy koncert w Gdyni, koniec kropka. Był to co prawda teatr jednego aktora i Mike przyćmił kolegów z zespołu, no ale to było do przewidzenia. Ogromny szacun za doskonały kontakt z tą wielką publiką, te fantastyczne motywy jak freeze time na Midlife Crisis, no i ach, ta parasolka, ten megafon, no wszystko, no!
(ahm, i ważna adnotacja – od tamtego czasu Easy to mój ulubiony kawałek FNM :>)

Potem to już bieg na scenę world, no bo miały być Buraki. Na Q-Tipie czailiśmy się gdzieś z boku, by zaraz po koncercie zająć barierki. Okazało się, że na próżno, bo lizbońsko-angolska ekipa została przeniesiona na dzień następny. No ale dzięki temu wiemy przynajmniej, że Q-Tip to niezły szołmen i daje radę.

Po sprawdzeniu informacji na temat dnia następnego ze spokojem udaliśmy się na M83, z którym to wiązałem wielkie nadzieje, no ale, nadzieje nadziejami, a było to moje największe rozczarowanie tego festiwalu. Uwielbiam ostatni album, podobnie wcześniejsze, odpływam przy takim We Own The Sky czy Coulers, zawsze z niepokojem odsłuchuję America. No i oczekiwania były ogromne, miało być klimatycznie i nastrojowo, miało być cudownie, miałem odpłynąć, odlecieć gdzieś wysoko, te rzeczy. Zamiast tego marzyłem o morderstwie z premedytacja popełnionym na dźwiękowcu albo Gonzalesie, w zależności od tego kto był bardziej za brzmienie odpowiedzialny. To już nie był shoegaze, było zbyt rockowo, w dodatku zarżnięto moje ukochane We Own The Sky. Smutny i rozczarowany opuściłem teren festiwalu, nie mając ochoty już na żadne koncerty tego dnia. Powrót co prawda poprawił mi humor, ale sorry boys, nie jest to w żadnej mierze zasługa Alter Artu.

Dzień IV



Zaraz po wejściu na teren festiwalu przebiegłem obok głównej by zająć barierki na World Stage. O.S.T.R. chyba fajnie, przynajmniej ten słyszany przeze mnie fragment koncertu, ale jak to z bliska wyglądało to naprawdę nie wiem.
Za to Buraka Som Sistema... MASAKRA! Najlepszy openerowy koncert – świetna zabawa, całe gardło zdarte, szał, fantastyczny kontakt z publiką, humor, zaproszenie dziewczyn na scenę, ten pistolet na wodę, butelka Kropli Beskidu rzucona obok mnie, walki o pałeczki, rany no, wszystko! Żadnych dłużyzn, było po prostu zajebiście, od A do Z.

Po Burakach z braku laku poszliśmy na końcówkę koncertu Lily Allen. Udało nam się trafić na The Fear, Smile, Not Fair i Fuck You, więc tylko Back to the Start zabrakło mi do pełni szczęścia ;> Sam występ przyjemny, ale nic poza tym. No i naprawdę trudno zrobić wrażenie na kimś, kto godzinę wcześniej zdzierał sobie gardło wrzeszcząc „WEGUE WEGUE WEGUE!”. Niemniej tego dnia miałem szczęście do ulubionych utworów, bo nieco spóźniona Santigold wrzuciła do setlisty You’ll Find A Way. Generalnie kobieta dawała radę, ale pobratymców nie miała szans przebić.

Przy okazji zajmowania barierek na Tingsów i zaopatrywania się w jakąś strawę (wy pilnujecie miejsca, a ja idę) z daleka słyszałem Contemporary Noise Sextet. Odczucie miałem dokładnie takie samo jak po Off Clubie. Miłe, słuchać można, ale po co? Cóż, przynajmniej nie jest tak strasznie nudno jak w większości jazzu.

No a The Ting Tings, czyli rzekomo koncertowa petarda (panie, gdzie tam...) raczej mnie zawiedli, mimo starań nie porwali. Ludzie wokół mieli chyba inne odczucia i tylko ja czułem się znudzony, no kwestia podejścia. W sumie i tak niezłe osiągnięcie, żeby grając materiał z tak słabej płyty, dać średni koncert ;> Z całości najlepiej wspominam nadmuchane kondomy latające nad naszymi głowami, bardzo zabawny akcent.

Na koniec postanowiliśmy olać Prodigy i zobaczyć co prezentuje sobą polski harfcore. Lady Aarp dali klimatyczny koncert, przy którym bardzo miło się drzemało/leżało/odpoczywało. Gdy skończyli, ruszyliśmy w kierunku bram, słuchając z daleka dźwięków dochodzących z głównej. Musiało być nieźle, ale zmęczenie robi swoje, może innym razem ;)

Podsumowanie

Heineken Open’er Festival dostarczył sporo emocji w tym roku i generalnie wypadł bardzo pozytywnie, ale jest kilka rzeczy, które trzeba poprawić. Przede wszystkim festiwal robi się za mały! Dwa stoiska z napojami na prawie 70 tysięcy ludzi? Nie wszyscy piją piwo, litości. Za rok stref gastronomicznych powinno być dwukrotnie więcej, to jakoś zniwelowałoby kolejki. Tak samo trzeba usprawnić kwestię płatności. Alter kArty to naprawdę fajny pomysł, ale jest to jednak technologia dość awaryjna. Można by pomyśleć o tradycyjnych terminalach do kart w razie awarii czytników paypass. Należy też wspomnieć o wypędzaniu ludzi z namiotu w przerwach między koncertami – kilku strażników próbujących powstrzymać masę ludzi przed zajęciem miejsca przy barierkach to bardzo kiepski pomysł, w pewnym momencie przestawiali dawać radę i tłum ruszał. Cud że nikt się tam nie zabił. Są też rzeczy niezależne od organizatora, takie jak braki w wychowaniu i ludzka głupota (gratuluję idiotom pchającym się z piwem pod same barierki i modlę się o ogródek piwny na następnej edycji). Jednak mimo tych kilku minusów bawiłem się świetnie, do obozu malkontentów szybko nie dołączę ;)

niedziela, 7 czerwca 2009

Selector Festival 2009

Selector Festival zaczął się dla mnie trochę inaczej niż dla większości festiwalowiczów. Śmiertelne zmagania z przeziębieniem niemalże wykluczyły możliwość zajechania do Krakowa pociągiem osobowym o 15.40 z katowickiego dworca, no ale jak połowa polskiego społeczeństwa jestem hardkorem i radę dałem.

Po załatwieniu wszelkich formalności ruszyliśmy w kierunku sceny głównej by zająć dogodne miejsce na Dizzeego Rascala i następnych wykonawców. Zanim jednak przystąpię do meritum sprawy, muszę napisać o rzeczy, która budziła mój nieuzasadniony niepokój. Mianowicie – alter karty. Byłem przekonany, że to jakaś byle pierdoła, wymysł znudzonych podwładnych Ziółkowskiego w celu dostania premii za innowacyjność i kreatywność, a tu proszę, pełne zaskoczenie. Karty są naprawdę przydatne i ułatwiają festiwalowe życie. Coś czuję, że na Openerze bony nie będą cieszyły się zbytnim powodzeniem.


Tyle kwestii około-muzycznych. Plan na piątek był prosty – zainstalować się na głównej i przeżyć. Na pierwszy ogień poszedł Dizzee. Cóż, jeśli o albumy chodzi, to jest tak – jeden/dwa/trzy fajne utwory, reszta stypa. Z kolei koncertowo? Mówię to z pełną świadomością dokonywanego właśnie morderstwa na suspensie i aktu herezji – całościowo bawiłem się lepiej niż na Franzach. Rewelacyjny początek, jeszcze lepszy koniec, środek też bardzo fajny i równy. Nie rozumiałem ni cholery co panowie (tj. Dizzee i jego przydupas, zwany oficjalnie partnerem) do nas mówili, ale wszystko spotykało się z gorącym odzewem. Mniej więcej tak jak w polskim sejmie, tylko tłok większy ;) Nie sposób było nie oszaleć przy That’s Not My Name Ting Tingsów na początku i Jus’ A Rascal zaraz potem (so what’s his name?!), chyba każdy wykrzyczał refren Paper Planes i Sirens, no a przy Bonkers na końcu to już ekstaza totalna. Ilekroć teraz słyszę tylko samo słowo bonkers to chce mi się skakać, krzyczeć, machać rękami i – po prostu – świetnie się bawić.


Fischerspooner zgromadził bardzo liczną publikę, co mnie po prawdzie zdziwiło. Zresztą nie tylko mnie, ale również stojącego naprzeciw mnie Pana Ochroniarza. Przy czym zdziwiony to nie jest do końca dobre słowa, lepiej pasuje przerażony.
Wyobrażam sobie jak to wyglądało w jego oczach. Tłum młodych ludzi skacze, krzyczy, wrzeszczy, macha rękami, piszczy i generalnie darzy uwielbieniem zespół na scenie. Dla mnie to tylko Fischerspooner, niejedno w życiu widziałem i gość w antenie parabolicznej na głowie mi nie robi. Z kolei ochroniarz nie był w stanie pojąć, jak jakiś cudak otoczony czterema miotającymi się po scenie kobietami jest w stanie wywoływać taki entuzjazm.
Poniekąd go rozumiem, bo też nie pojmuję tej zbiorowej histerii, która miała miejsce za mymi plecami. Dopóki grali utwór, który znam i lubię (np. Emerge czy Cloud), było bardzo fajnie. Jeżeli wyskoczyli z czymś, czego albo nie znam, albo nie lubię, to robiła się jedna wielka stypa i miałem się ochotę stamtąd pójść w cholerę, zew gastronomii i budki z piwem.


Następnie – Franz Ferdinand. Właściwie nie trzeba mówić nic więcej, to głównie dla nich wysupłałem z kieszeni 135 złotych. Bardzo fajnie podeszli do sprawy, grając utwory nowe i hity z wcześniejszych albumów. Jako że jednak debiut i jego następcę uważam za przeciętne z kilkoma przebłyskami, to dla mnie koncert siadał co drugi kawałek (no oczywiście poza Do You Want To i Michael). Narzekać jednak nie zamierzam – było Bite Hard, było No You Girls, był Ulyssess, było Lucid Dreams, było napieprzanie w perkusję całym zespołem – czyli fajnie było. I pozdrowienia dla dziewczyny bijącej rekord świata w emitowaniu decybeli zwanemu potocznie piszczeniem, pokonasz każde nagłośnienie! ;>

Po Franzach wpadłem na drugą scenę, gdzie w najlepsze szalał sobie Erol Alkan. To co usłyszałem było bardzo hipnotyczno-monotonne i z chęcią bym wbił w tańczący tłum, ale po poprzednich koncertach trochę zaniemogłem. Burn Emergency Zone zlałem ciekłym moczem i krótka wizyta tam utwierdziła mnie w przekonaniu, że postąpiłem słusznie. Nie mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć kto tam wtedy siedział za konsoletą (SLG? Sorry, Ghettoblaster?), ale serwowana muzyka była nudną i dość prymitywną elektroniką.


Royksopp słuchaliśmy już z daleka, spodziewając się leniwej muzyki, takiej idealnej do słuchania w pozycji horyzontalnej. Pozory pozorami, a zespół prezentował się raczej z bardziej tanecznej strony, co spowodowało dość szybką reakcję/reaktywację trojga z naszej czwórki. Kilka utworów przetańczyliśmy, kilka przeleżeliśmy, dobry układ. Koncert miły, tylko ktoś tam chyba pomylił przed występem aspirynę z czymś cięższym i raczył nasze zmęczone uszęta dzikimi wrzaskami w przerwach między utworami. Ke? Zakończyli bardzo miłym akcentem, grając moje ulubione Only This Moment. Ten kawałek i dwa łyki kawy na odchodne, tyle, do zobaczenia za rok.

PS: Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony festiwalu.

sobota, 2 maja 2009

The Path (2009)


Miałam iść prosto do domku babci. „Nie zbaczaj ze ścieżki”, mówiła. „Babcia potrzebuje tych rzeczy”, mówiła. Dzieci mają jednak zadziwiający dar niesłuchania swoich rodziców. Po kilku krokach skręciłam. Zagłębiłam się między drzewa. Słychać było, że las żyje – zewsząd dochodziły mnie różne odgłosy. Nagle natrafiłam na plac zabaw. Nie był bardzo stary, tylko po prostu zniszczony. Wszystko było mocno pordzewiałe, w drabinkach brakowało kilku szczebli, tu i ówdzie odpadła farba. Przy karuzeli leżał porzucony pluszowy miś. Zdziwiło mnie, że ktoś tam siedział. Wysoki blondyn rozpostarty na ławce palił papierosa. Usiadłam obok niego. Po krótkiej chwili, bez słowa, podsunął mi paczkę pod nos. Wzięłam jednego papierosa, nie wiedząc jeszcze, że spotkałam swojego wilka...

The Path to gra – przede wszystkim – zupełnie inna. Twórcy rezygnują z akcji, wartkiej fabuły i wgniatających w fotel efektów specjalnych, stawiając na klimat. Lejący się hektolitrami z ekranu, niesamowity i diabelsko wciągający klimat.
Założenie jest proste – wybieramy jedną z sióstr i idziemy do babci. Tyle. Ważne jest jednak, żeby z tytułowej ścieżki zejść i zagłębić się w las. Las, który jest tutaj najważniejszym bohaterem. W zależności od usposobienia wybranej siostry jest inny. Różni się szczegółami, spotykanymi na swej drodze rzeczami, które bohaterka w jakiś sposób komentuje. Zawsze jednak jest dość oniryczny, mistyczny, niepokojący.

Inspiracja Czerwonym Kapturkiem wali po oczach na kilometr, nie dziwi więc, że każda z sióstr może w lesie spotkać swojego metaforycznego wilka. Zarówno wilk, jak i las czy napotkane w nim miejsca lub przedmioty, ukazują nam psychikę bohaterki, jej spojrzenie na świat i lęki. Niestety, tutaj wychodzi jedyny poważny minus The Path (pominąwszy, że nie jest to produkcja dla każdego). Gra premiuje spotkanie wilka, więc siłą rzeczy trzeba siostry skazać na śmierć, bez wątpienia straszną. Po poznaniu dziewczyny, wręcz zaprzyjaźnieniu się z nią, muszę skierować jej kroki ku paszczy lwa, wróć!, wilka, za każdym razem czując się jak okrutnik, kat. W pewnym momencie to odrzuca.

Mimo to The Path jest jedną z najlepszych gier w jakie miałem przyjemność grać. Bajka o Czerwonym Kapturku przyprawiona o niesamowity klimat, sugestywną grafikę i psychologiczną głębię to coś zdecydowanie wartego uwagi.

Oficjalna strona gry

czwartek, 23 kwietnia 2009

The Asteroid Galaxy Tour - Fruit (2009)



Jak powszechnie wiadomo, wiosna > wszystko. Co prawda niektórzy rozpowiadają jakieś podłe ploty o wyższości lata (huehue) ale lato to takie trochę cieplejsze przedłużenie wiosny, no więc. Czas założyć ciemne okulary, wdziać kolorowe koszulki, zwrócić swą twarz w stronę wiatru i cieszyć się światem. A wszelakie wiosenne wypady najlepiej uskuteczniać przy dźwiękach debiutu The Asteroid Galaxy Tour.

Addy (10-04-2009 14:21)
ale fajne!:D

Wbrew temu co sugeruje tytuł singla, słońce świeci i świecić będzie – album jest bardzo słoneczny właśnie, wiosenno-letni, przyjemny i – po prostu – fajny. Nie można mu odmówić uroku; trudno nie polubić tej muzyki.

Witz (10-04-2009 11:03)
fajny głos ma dziewczyna :)


Spora w tym zasługa Mette Lindberg. Jej świetny głos nadaje całości charakteru. Nie oznacza to, że podkłady są tylko tłem dla jej wokalnych popisów, nienienie. Wszystko ładnie się uzupełnia. Dużo też robi tu niezaprzeczalny urok Dunki.

Rzaba (9-04-2009 0:54)
jejeje
Rzaba (9-04-2009 0:54)
płyta wiosny zdecydowanie <3


Bez zbędnego gadania – jak wyżej. To nie tylko album wiosny jako kwartału – Fruit ma też cechy tej pory roku. Świeżość? Zdecydowanie. Słońce? Jak najbardziej. Ciepło? Pewnie. Fajnie jest? Jest. To ja poproszę. Kelner!

wtorek, 21 kwietnia 2009

Hunter - Hellwood (2009)



Gdyby wczoraj zapytano mnie o najgorszy polski album ostatnich paru lat, bez wahania odparłbym – Hipertrofia. Dzisiaj nie jestem już tego taki pewien... Pierwszy kontakt z Hellwood jest jak uderzenie obuchem między oczy. Najsampierw mamy do czynienia z najgorszym metalowym intro od czasu debiutu Blind Guardian, potem na biedne ucho odbiorcy rzucają się teksty i muzyka. Właśnie – teksty.

Najpierw mały apel. Jeżeli jesteś fanem Huntera i wyśmiewałeś się z tekstów Comy – jesteś żałosnym hipokrytą i powinieneś sobie przypomnieć biblijną historyjkę o belce w oku. Hunter reprezentuje liryczne dno – to już nie jest byle grafomania pokroju wypocin Roguckiego. Trudno w to uwierzyć, ale te ichnie teksty są jeszcze śmieszniejsze, jeszcze bardziej kiczowate, jeszcze bardziej żenujące, jeszcze mhrochniejshe i dużo gorsze niż to co prezentuje lirycznie Coma. Kalka językowa o mnożeniu przykładów nie ma tu prawa bytu – lista takowych byłaby wielkości sporej książki telefonicznej. Najbardziej epickie są dwa momenty TshaZshyC. Drak krzyczący „ojejku” to jeszcze nic (przypomniało mi się „mój cukierek!” Czesława, btw). Prawdziwie tró mhrochny jest ryk „SZASZŁYYYYK!” na początku utworu. Super, fantastycznie! Koncept-album gastronomiczny już był, no panowie się nie popisali. I naprawdę, chciałbym już przestać myśleć o tej ich quasi-liryce, ale znowu – tu ciemność woła, że zatańczy ostatni raz; ludzie wokół unoszą brwi, że łał; nadchodzi ten, który właściwie jest nią i ma... na... imię... śmieeerć!; a tak poza tym, to witaj na dnie swoich snów, jestem tobą, chcę być sobą. Pomocy, ratunku, litości, błagam, nie po twarzy.

No dobra, teksty tekstami, ale na ten przykład Brand New swobodnie uskutecznia sobie grafomanię i liryczną sztampę – wciąż pamiętam "apple of my eye" – co nie przeszkadza im jednak w tworzeniu fajnej muzyki. Z kolei Hellwood muzycznie miażdży suty. Śmiechem.
Warstwa, khem, muzyczna cierpi na te same przypadłości co warstwa tekstowa. Kicz, śmieszność, żenada, badziewność i mhrok walą na kilometr z każdej nuty. Całość uzupełniona cudownie beznadziejnym wokalem, który najpierw jest zbyt apatyczny (fragmenty $mierci$miech), a potem brzmi jakby Drak dostał ataku (niemalże cała reszta).

Na temat Hellwood mógłbym napisać po prostu „omg, ale syf” i trafnie opisałbym całą istotę problemu. Pamiętam jednak, że trzeba naprawiać błędy młodości i nawet przy objeżdzaniu badziewnych albumów należy trzymać fason (niektórzy pamiętają, hint: Coma). Jednakże, Hellwood można spuentować tak samo jak zrobiłem to niegdyś przy recenzji Hipertrofii, po prostu cytując fragment tekstu z „dzieła” wziętego na warsztat. Bo dziwi mnie, że to szaleństwo trwa już tyle lat...

PS. Idźcie na jakiś spacer lepiej, koniecznie bez odtwarzacza.

wtorek, 14 kwietnia 2009

"Control" - dramat (nie)kontrolowany

Na początku uprzedzam - tekst był początkowo pisany na konkurs. Wiedziałem, że tą recenzją zajmą się ludzie, którzy o Joy Division wiedzą, tak na oko, jakieś nic; dlatego też tekst jest jaki jest, dość łopatologiczny.




Filmowcy, nie od dziś zresztą, z chęcią sięgają po życiorysy mniej lub bardziej znanych postaci – artystów, władców, poszukiwaczy przygód i innej maści ludzi wartych zapamiętania. Nie ma się czemu dziwić, skoro biografia takowego delikwenta jest niemalże gotowym scenariuszem, wystarczy tylko coś wybrać i trochę wyciąć.
W przypadku „Control” sprawę należało potraktować z ogromną wręcz delikatnością. Koniec końców, Ian Curtis jest przez fanów obdarzony uwielbieniem graniczącym z czcią. Niestety, film nie postał tylko i wyłącznie dla hardkorowych fanów Joy Division. A szkoda, byłby nieporównywalnie lepszy.

Ian Curtis popełnia samobójstwo, wieszając się na sznurku do suszenia ubrań. Ma niespełna 24 lata. „Control” obrazuje powody, dla których młody Brytyjczyk rozstał się z tym światem. Jakby nie patrzeć, miał ich sporo – postępująca choroba, depresja, załamania nerwowe, strach przed popularnością i nieumiejętność radzenia sobie z nią, oczekiwania fanów, a także problemy małżeńskie i nieco toksyczny romans.

Anton Corbjin stworzył film, który niewiele ma wspólnego ze sztandarowym utworem Joy Division pt. „Love Will Tear Us Apart”. Panuje w nim niesamowity, duszny klimat (głównie dzięki czarno-białym zdjęciom, doskonale oddających szaro-bure Maccesfield). Dzięki temu widz może czuć się naprawdę przytłoczony. Z miejsca zrozumiała staje się ucieczka w świat muzycznych idoli i ich twórczości (motyw z Davidem Bowie czy koncert Sex Pistols - te sceny naprawdę wiele mówią), że o różnych średnio bezpiecznych zajęciach Iana nie wspomnę.

Dialogi w „Control” są z kategorii tych mocno zapamiętywalnych; odnoszę wrażenie, że dwukrotne obejrzenie filmu wyryło mi sporą część tekstu w głębi czaszki, gdyż wiele sformułowań do dziś mogę przytoczyć bez większego trudu. Podobnie ze scenami – niektóre naprawdę długo chodzą za widzem, chociażby powstawanie jednego z najsłynniejszych utworów grupy – „She’s Lost Control”.

Całość jest wzbogacona bardzo dobrą muzyką, ale to akurat żadna niespodzianka, skoro stworzyli ją Joy Division i inne zespoły nowej fali (np. Buzzcocks).

Można by długo wymieniać, ileż to dobrego jest w tym filmie. Ktoś mógłby wręcz pomyśleć, że ma właśnie do czynienia z obrazem niemalże idealnym - a tak zdecydowanie nie jest. Wszystko dlatego, że scenarzysta uległ długo już trwającej modzie na banalizowanie opowiadanych historii.
Ze wszystkich problemów Iana wybrano romans z dziennikarką Annik i problemy małżeńskie państwa Curtis, spychając resztę na drugi plan. W efekcie „Control” zdaje się być jedynie przeciętnym dramatem miłosnym. Na całe szczęście ten właśnie drugi plan nie został potraktowany po macoszemu i ratuje obraz Corbjina.
Gdy przymknie się oko na wątek główny i zwróci większą uwagę na resztę, dostaje się naprawdę niezłe kino. Po pierwszym seansie byłem rozgoryczony, zawiedziony, nawet zażenowany. Oczekiwałem czegoś więcej niż historyjki o zdradzie z tragicznym finałem. Dałem jednak filmowi szansę i zdecydowanie nie żałuję. Im dłużej myślę o „Control”, tym bardziej doceniam go jako historię o dramacie popularności; o tym, jak człowiek bardzo emocjonalny i introwertyczny nie radzi sobie z życiem i otaczającą go rzeczywistością; o ludzkiej słabości; o ogromnym wpływie środowiska na młodych; o potrzebie jakiegokolwiek autorytetu; o pomocy i przekleństwie, jakie niesie za sobą muzyka; wreszcie o zadziwiającej wręcz bezmyślności fanów. Ale przede wszystkim doceniam „Control” jako dramat o człowieku, który nie musiał umierać, nie tak młodo i nie w ten sposób.

Odnoszę wrażenie, że scenarzysta uległ jakimś naciskom, by z Curtisa zrobić romantyka z problemami i, nękany wyrzutami sumienia, gdzieś tam próbował upchnąć istotę problemu. Nie byłby to przecież pierwszy taki przypadek (w końcu wszystko musi się sprzedać), co nie zmienia jednak faktu, że jako widza obchodzi mnie końcowy produkt. Nie jest to co prawda jedynie „fajny dwugodzinny teledysk” jak twierdzi wielu internautów; nie, jest naprawdę dobrze. Ale ubolewam nad tym, że mogło być tak pięknie, a wyszło jak zwykle, bo nie jest to obraz wybitny głównie z powodu pewnej „hollywoodyzacji” scenariusza. Gdyby nie to, film Corbjina można by zapewne postawić obok dzieł Bergmana i jemu podobnych – na wyrost, bo na wyrost (w końcu… kto dorasta mistrzowi szwedzkiej kinematografii chociażby do pięt?), ale zawsze.

„Control” można w dość przewrotny sposób porównać do samego Iana Curtisa. Zwraca uwagę aparycją, intryguje odbiorcę i potrafi zająć jego uwagę na jakiś czas, ale od razu widać, że ma jakieś problemy. Trzeba dłuższej obserwacji oraz czasu, by naprawdę się na nim poznać i wybaczyć mu pewne słabości...

środa, 8 kwietnia 2009

Jazda po (młodej) bandzie: O'reggano



Bezczelność. Zawadiackość. Bezkompromisowość. Urocza i rozczulająca wręcz młodzieńcza energia. Popowe ska(kanie) po całym pokoju. Wszyscy mamy wielkie dupy. I małe buty. Nie wiem jak tam z tym u chłopaków z O’reggano, ale jedno jest pewne – ziomy mają całkiem niezłe cojones.

Jak większość, usłyszałem o nich przy okazji AntyFestu. Szturmem dostali się do finału, głównie dzięki średnio lubianej przez nich Kaśce (co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, powinni się raczej Próśb wstydzić, jak już). A potem się okazało, że mam kumpla, który ma kumpla, który zna gościa, który zna didżeja tutaj, ale to już inna historia.

Cieszy mnie, że polski, młody zespół potrafi nagrać utwór, który mógłby bez żenady znaleźć się w dyskografii jakiegoś Ska-P czy innego słynnego przedstawiciela ska. I jak średnio przepadam za ska, reggae i pochodnymi, bo to przecież ciągle to samo, to O’reggano wyróżnia się taką młodzieńczą siłą, bezczelnością. Ot, weszli z butami, pobluzgali na dupy, sutki czy inne cyce, Kaśka była nieodpowiedzialna i tyle, paszli won. Jednakże, jak głosi wieść gminna – chłopakom chyba niezbyt podoba się takie popowe granie i na finale AntyFestu zaserwowali coś raczej dojrzalszego (brak Kaśki i Nocą to mimo wszystko porażka i olanie publiki – pozwolić sobie na coś takiego w finale konkursu to samobójstwo, no ale co kto lubi). W tym momencie muszę tupnąć nogą, bo rodzi to u mnie pewne obawy. Dopóki O’reggano będzie bawić się muzyką i tworzyć właśnie takie zabawowe rzeczy, na pewno będzie dobrze. Jeżeli zapragnie im się jakaś dojrzałość, to ja tego nie widzę – w końcu ich siła opiera się właśnie na młodzieńczym duchu i grunt, żeby go zachowali, gdy będą gonić za dojrzałością. Było nie było, życzę im jak najlepiej.

A fakt, że w zespole gra kuzyn mojego przyjaciela, nie ma nic do rzeczy. Poza tym, że lans, no ale to jak z tym didżejem.

Odsłuch majspejsowy tutaj.

PS. Mały apel do zespołu: zróbcie mi tą przyjemność i zagrajcie w Wiatraku/na Juwenaliach i Kaśkę, i Nocą. Stoi?