Zaczęło się od banalnych czynności takich jak rozbicie namiotu, szybkie zwiedzenie terenu festiwalu i okolic czy też zgarnianie docierających znajomych (co z tego, że akurat namiot rozbiła nam ekipa z TVP2, banał pozostaje banałem, nie? ;d). No i oczywiście powolne uświadamianie sobie, że to wszystko się rozpoczyna właśnie teraz, cztery dni pełne muzyki.

No a w tym roku zaczęło się inaczej niż zwykle. Czy Opening Day to dobry pomysł? Połowicznie. Sama idea jest jak najbardziej okej, ale mimo wszystko dzień pierwszy możliwościami nie powalał. Stąd też pewnie spora ilość ludzi na skądinąd bardzo przyjemnym, stonowanym, klimatyczno-akustycznym koncercie Old Time Radio. Miły uchu początek, chociaż wydawali się być lekko stremowani, no ale co się dziwić – wielkie koncerty to raczej nie ich broszka.
Po ostatnim utworze trójmiejskiego zespołu tak naprawdę nie bardzo było co robić. Ruszyliśmy więc zająć stosunkowo dogodne miejsca na głównej, bo Renton potrafi być przyjemny, a Arctic Monkeys miały nas rozwalić na dobry początek. Zanim nasze oczekiwania zostały zweryfikowane, pośmialiśmy się trochę z fanatycznych fanek, porozmawialiśmy, takie tam. W końcu na scenę wychodzi kolejne polskie indie, które sprawdziło się połowicznie. Jak przyznał sam wokalista Rentona, to był pierwszy tak duży ich koncert. I niby jakoś sobie grają, niby całkiem miło i sympatycznie, ale zupełnie bez szału i jaj. Ja rozumiem, że nie mieli łatwego zadania, bo fanki Małp to chyba najbardziej drętwe ścierwo jakie w życiu widziałem, no ale. Dopiero pod koniec się nieco rozkręcili, no i tu wielki szacun, bo nareszcie niektóre wyznawczynie Alexa zaczęły się nieco ruszać pod tą sceną. Coś tam na bis zagrali i zwinęli się, zostawiając mnie z mocno mieszanymi uczuciami. Na przyszłość – więcej szału, plox.
Następnie wielka gwiazda pierwszego dnia, fanfary, pierdoły, bla bla bla. Pchałem się pod te barierki ze świadomością, że goście mają trzy fajne utwory, no ale pono dobre koncerty dają, mówili. Ekhm, no cóż... To był jeden z najgorszych występów jakie widziałem w moim osiemnastoletnim życiu i największa pomyłka tegorocznego Open’era, amen. Problemy techniczne, zerowy kontakt z publicznością, fatalna setlista, a na domiar złego chamska i niewychowana publika, której przydałby się komunikat przypominający o Roskilde ’00. Jedyne co w miarę poprawiło mi tam humor to gość krzyczący do tylnich rzędów (tych pchających), że „jesteście u pani!” ;> I Bet You Look Good On The Dancefloor i When The Sun Goes Down słuchałem już na szczęście z daleka – razem z View From The Afternoon były jedynymi kawałkami, które tak naprawdę zastroiły. No ja rozumiem, że albumy słabe, ale żeby tak – nomen omen – koncertowo spieprzyć sprawę?
Uciekłem więc stamtąd po odnalezieniu pierwszego lepszego znajomego i wysłuchaniu When The Sun Goes Down na odchodne. Szybka regeneracja na kanapach (przewygodne cuda, mogli ich rzucić więcej) i z ciekawości zerkamy do Burn Beat i namiotu. W hangarze w najlepsze szalał Mentalcut, wraz z nim niewielka publika. Brzmiało to zdecydowanie bardzo fajnie, naprawdę świetna didżejka, kameralny klimat, no i żonglerka motywami. Towarzyszący mi Vrael nie podzielał jednak mego entuzjazmu, ruszyliśmy więc na występ Late of the Pier. Koncert tej formacji można opisać następującymi słowami: masakra, miazga, sieka, wiksorock i największa niespodzianka festiwalu. Zostaliśmy do końca i było nam mało, chłopaki naprawdę pokazali klasę. Zero wytchnienia, dziki szał w czystej postaci, kończyny latają na wszystkie strony, te rzeczy. Odnaleźć mogły się tu chyba wszystkie subkultury, nawet metale przyjeżdżający na Faith No More byliby zadowoleni, chociaż LotP zagrali zdecydowanie bardziej elektronicznie niż rockowo. Zapamiętajcie dzieci, ten zespół to koncertowa petarda.
Basement Jaxx musieli się bardzo postarać, żeby mnie porwać i udało im się to połowicznie. Naprawdę dobry, pozytywny koncert – kontakt z publiką, show na scenie, odwołania muzyczne (Bonkers czy Billie Jean), na tyle luźno by móc swobodnie tańczyć. Z drugiej strony zabrakło mi Raindrops (:<) i Lucky Star, momentami pojawiały się nużące dłużyzny, bywało nierówno. No sam nie wiem, ale generalnie in plus.
Koniec Opening Day należał do Alter Space. Najpierw zgromadzoną publikę zmiażdżył Grabek. Gdybym był postacią z komiksu, miałbym nad głową dymek z napisem „omfg!” przez dobre kilka godzin. Pełna psychodela, fantastyczne rozwiązania kompozycyjne, ten klimat, wizualizacje VJ Panipawlowsky, no piękne. Bałem się po tym wszystkim o swoje sny. W dodatku Wojtek naprawdę się cieszył z reakcji publiki, to było widać – podczas gry pełne skupienie, po koncercie radosny uśmiech. Wystarczy powiedzieć, że dostał owacje na stojąco.
Po Grabku to już czysta impreza przy Skinny Patrini. Niewielka publika, ale za to sporo zabawy. Niestety nie widziałem całości, ale przysięgam - Little Hell i Sweat na początku było na piątkę z plusem.
Dzień II

Drugi dzień zacząłem od otwarcia sceny młodych talentów i świetnego koncertu Pchełek. Mocny, świetny wokal, spora dawka emocji i ciekawej muzyki. Czekam na jakieś nowe wydawnictwo, bo nieznane mi wcześniej kawałki były naprawdę dobre. Szkoda że otwierali Young Talents Stage, bo zasłużyli na większą publikę. Rzekomo polskiego Oasis (wut?), czyli The October Leaves, słuchałem już z daleka, przy integracyjnym piwie z nowo poznanymi znajomymi. Nie ma co żałować, bo znajomi zacni, a panowie z Rybnika strasznie bezpłciowi.
Następnie Pati Yang. Kobieta dała koncert, którego mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie zrozumieć. Ma w dorobku takie utwory jak Summer of Tears czy B. Murphy, a zamiast tego serwuje nudny, elektroniczny hałas, w dodatku non-stop pieprząc coś po angielsku (okrzyki „jesteś Polką, do cholery” chyba w końcu do niej dotarły, bo potem rzuciła kilka słów po polsku). Z całej godziny nie pamiętam niemalże nic, gratulacje pani Yang.
Po opuszczeniu Kapeli Ze Wsi Warszawa (bo się nie udało) i zrezygnowaniu z Wiolonczel z Miasta udałem się na Hjaltalin. Nie była to niestety najlepsza decyzja. Miał być odlot i klimat, a dostałem islandzkie The Kooks, taki se tam rock z tradycyjnymi i zupełnie niesłyszalnymi instrumentami. Mocno neutralne granie, w dodatku po angielsku. No nic, mówi się trudno i idzie do namiotu zobaczyć Duffy. Przede wszystkim – porównania do Dusty Springfield są wybitnie trafione, walijska wokalistka zachowuje się i wygląda jak jej córka. Dała przyjemny i nic poza tym koncert (no ale było Mercy, było fajnie), gromadząc przy okazji publikę nie mieszczącą się w namiocie. Nieprawdą jest jednak, że panował tam jakiś niesamowity ścisk – w środku było luźniej niż na wejściu, nie wiedzieć czemu, niemniej za przejście całego namiotu w przeciągu połowy koncerty i tak powinniśmy otrzymać kilka certyfikatów ;>
Namiotu nie było już co opuszczać, następni byli Crystal Castles. Wyjaśnijmy sobie: płyta słaba łamane przez średnia, występy świetne. Dokładnie z takim myśleniem zawędrowałem stosunkowo blisko sceny. Nie ma co pieprzyć, zacytuję tylko: „kto nie był na ich koncercie, przegrał życie”. Świetne światła, szał, Alice w tłumie, amok, histeryczny wokal, blondyn z rozdartą koszulką gdzieś przede mną, ręce w górze, cosiedzieje, nie sposób było tego wszystkiego ogarnąć. Moje ciało było mi naprawdę wdzięczne, gdy to wszystko się skończyło.
Dzień III

Zacząłem od stosunkowo pobieżnego koncertu z muzyką JazzUs. Pierwsze skojarzenie – Łona. Drugie – Łona. Trzecie – hm, czyżby Łona? Niby nu-jazz i takie tam szufladki, a podkład brzmiał jakby wyszedł spod ręki Webbera, nawijka też taka łonowata (;d), tylko mimo wszystko o klasę gorzej od oryginału, momentami Pan Wokal nie wyrabiał. Jednak generalnie – fajnie.
Z kolei Kamp! mimo wszystko zawiódł, niby fajnie, ale jakoś bez szału, zero ognia, no i nadmierne wykorzystywanie motywu klaskania, bleh, ile można? Niby okej, ale na przyszłość proszę o pierdolnięcie (no i nawiasem mówiąc, to prawie oberwałem tamburynem >xd).
Jednym uchem słuchałem Enchantii i Twilite. Nie powiem, chyba nawet miłe, zainteresuję się nimi bardziej, ale – wybaczcie – jakoś nic nie pamiętam.
Na koncert Fisza, Emade i Tworzywa zostałem wyciągnięty przez znajomych, bo sam myślałem raczej o Izraelu. Jedyne co mogę zrobić, to im gorąco podziękować, bo Fisz to kozak, z łatwością podrywał publikę do góry, no i na żywo ma nawet jako taki flow, szok ;> Grali głównie (tylko?) Heavi Metal, stąd też obecność Tworzywa, ktoś w końcu solówki grać musi. Fiszu, jakby jakiś kolejny koncert albo coś, to „jesteśmy gotowi!”
Wychodząc z Fisza trafiliśmy na Kawałek Kulki grający Kolegi Tatę, bardzo miły akcent. Pośpiewaliśmy sobie i poszliśmy rzucić okiem na Madness, które w wyniku problemów grało na World Stage. Panowie grali całkiem miło, ale wybaczcie – główna wzywa, Patton u płota.
A jak powszechnie wiadomo Patton = bóg (nie wiem jakim cudem, ale Vrael wyliczył to matematycznie...). Faith No More dali niemalże najlepszy koncert w Gdyni, koniec kropka. Był to co prawda teatr jednego aktora i Mike przyćmił kolegów z zespołu, no ale to było do przewidzenia. Ogromny szacun za doskonały kontakt z tą wielką publiką, te fantastyczne motywy jak freeze time na Midlife Crisis, no i ach, ta parasolka, ten megafon, no wszystko, no!
(ahm, i ważna adnotacja – od tamtego czasu Easy to mój ulubiony kawałek FNM :>)
Potem to już bieg na scenę world, no bo miały być Buraki. Na Q-Tipie czailiśmy się gdzieś z boku, by zaraz po koncercie zająć barierki. Okazało się, że na próżno, bo lizbońsko-angolska ekipa została przeniesiona na dzień następny. No ale dzięki temu wiemy przynajmniej, że Q-Tip to niezły szołmen i daje radę.
Po sprawdzeniu informacji na temat dnia następnego ze spokojem udaliśmy się na M83, z którym to wiązałem wielkie nadzieje, no ale, nadzieje nadziejami, a było to moje największe rozczarowanie tego festiwalu. Uwielbiam ostatni album, podobnie wcześniejsze, odpływam przy takim We Own The Sky czy Coulers, zawsze z niepokojem odsłuchuję America. No i oczekiwania były ogromne, miało być klimatycznie i nastrojowo, miało być cudownie, miałem odpłynąć, odlecieć gdzieś wysoko, te rzeczy. Zamiast tego marzyłem o morderstwie z premedytacja popełnionym na dźwiękowcu albo Gonzalesie, w zależności od tego kto był bardziej za brzmienie odpowiedzialny. To już nie był shoegaze, było zbyt rockowo, w dodatku zarżnięto moje ukochane We Own The Sky. Smutny i rozczarowany opuściłem teren festiwalu, nie mając ochoty już na żadne koncerty tego dnia. Powrót co prawda poprawił mi humor, ale sorry boys, nie jest to w żadnej mierze zasługa Alter Artu.
Dzień IV

Zaraz po wejściu na teren festiwalu przebiegłem obok głównej by zająć barierki na World Stage. O.S.T.R. chyba fajnie, przynajmniej ten słyszany przeze mnie fragment koncertu, ale jak to z bliska wyglądało to naprawdę nie wiem.
Za to Buraka Som Sistema... MASAKRA! Najlepszy openerowy koncert – świetna zabawa, całe gardło zdarte, szał, fantastyczny kontakt z publiką, humor, zaproszenie dziewczyn na scenę, ten pistolet na wodę, butelka Kropli Beskidu rzucona obok mnie, walki o pałeczki, rany no, wszystko! Żadnych dłużyzn, było po prostu zajebiście, od A do Z.
Po Burakach z braku laku poszliśmy na końcówkę koncertu Lily Allen. Udało nam się trafić na The Fear, Smile, Not Fair i Fuck You, więc tylko Back to the Start zabrakło mi do pełni szczęścia ;> Sam występ przyjemny, ale nic poza tym. No i naprawdę trudno zrobić wrażenie na kimś, kto godzinę wcześniej zdzierał sobie gardło wrzeszcząc „WEGUE WEGUE WEGUE!”. Niemniej tego dnia miałem szczęście do ulubionych utworów, bo nieco spóźniona Santigold wrzuciła do setlisty You’ll Find A Way. Generalnie kobieta dawała radę, ale pobratymców nie miała szans przebić.
Przy okazji zajmowania barierek na Tingsów i zaopatrywania się w jakąś strawę (wy pilnujecie miejsca, a ja idę) z daleka słyszałem Contemporary Noise Sextet. Odczucie miałem dokładnie takie samo jak po Off Clubie. Miłe, słuchać można, ale po co? Cóż, przynajmniej nie jest tak strasznie nudno jak w większości jazzu.
No a The Ting Tings, czyli rzekomo koncertowa petarda (panie, gdzie tam...) raczej mnie zawiedli, mimo starań nie porwali. Ludzie wokół mieli chyba inne odczucia i tylko ja czułem się znudzony, no kwestia podejścia. W sumie i tak niezłe osiągnięcie, żeby grając materiał z tak słabej płyty, dać średni koncert ;> Z całości najlepiej wspominam nadmuchane kondomy latające nad naszymi głowami, bardzo zabawny akcent.
Na koniec postanowiliśmy olać Prodigy i zobaczyć co prezentuje sobą polski harfcore. Lady Aarp dali klimatyczny koncert, przy którym bardzo miło się drzemało/leżało/odpoczywało. Gdy skończyli, ruszyliśmy w kierunku bram, słuchając z daleka dźwięków dochodzących z głównej. Musiało być nieźle, ale zmęczenie robi swoje, może innym razem ;)
Podsumowanie
Heineken Open’er Festival dostarczył sporo emocji w tym roku i generalnie wypadł bardzo pozytywnie, ale jest kilka rzeczy, które trzeba poprawić. Przede wszystkim festiwal robi się za mały! Dwa stoiska z napojami na prawie 70 tysięcy ludzi? Nie wszyscy piją piwo, litości. Za rok stref gastronomicznych powinno być dwukrotnie więcej, to jakoś zniwelowałoby kolejki. Tak samo trzeba usprawnić kwestię płatności. Alter kArty to naprawdę fajny pomysł, ale jest to jednak technologia dość awaryjna. Można by pomyśleć o tradycyjnych terminalach do kart w razie awarii czytników paypass. Należy też wspomnieć o wypędzaniu ludzi z namiotu w przerwach między koncertami – kilku strażników próbujących powstrzymać masę ludzi przed zajęciem miejsca przy barierkach to bardzo kiepski pomysł, w pewnym momencie przestawiali dawać radę i tłum ruszał. Cud że nikt się tam nie zabił. Są też rzeczy niezależne od organizatora, takie jak braki w wychowaniu i ludzka głupota (gratuluję idiotom pchającym się z piwem pod same barierki i modlę się o ogródek piwny na następnej edycji). Jednak mimo tych kilku minusów bawiłem się świetnie, do obozu malkontentów szybko nie dołączę ;)








